Minęły 2 lata od mojego wpisu o pokojowej nagrodzie nobla, a dostał ją kolejny amerykański prezydent. Co prawda nadal prowadzi on kilka wojen, okupuje kilka krajów, a armia jego państwa bombarduje regularnie cywilów, ale to nie ważne, bo przecież odziedziczył je w spadku po swoim złym poprzedniku.
i wyobraźcie sobie, że skazali faceta na śmierć w 4 ścianach za pieniądze. ten
człowiek nie tknął drugiego:)
aż się chciałoby zostać anarchistą:P
piękny kraj..
.. napisał(a) w komentarzu puba.
Okrutna to kara dla oszusta. Problem w tym, że Bernie, owszem, tknął bliźnich. I to wielu, i to boleśnie.
Niektórzy woleliby być dotkliwie pobici niż mieć do czynienia z Berniem.
Tak naprawdę, szokuje w tym wyroku to, że w dokładnie ten sam sposób okradają nas dzień w dzień na całym świecie.
Wielu z nas słysząc wyrok na Madoffie współczuje mu. Prawie wszyscy dorośli Polacy po obejrzeniu wiadomości w TV i tak zapłaci po raz kolejny składki emerytalne. Niektórzy znów zasilą fundusz inwestycyjny. Piramidy rosną, a Bernarda Madoffa wydali synowie. Właściwie to sam się wydał...
Aż wstyd się przyznać. Dzisiaj po raz pierwszy w Polskim Radiu usłyszałem, jak wymawiali jego nazwisko "made off". Do tej pory myślałem, że jest szalony do kwadratu: "Mad Off". Bardzo się oburzyłem na niekompetencję PR. Specjalnie obejrzałem relację wideo "WSJ" na iPhonie i okazało się, że...
... on na prawdę wszystkich "made off". Ciekawe, kiedy dostrzeże to Urban Dictionary. Bardzo przydatne słówko w dzisiejszych czasach.
To się ubawiłem. Oto, co usłyszałem właśnie w radiu (polskim, publicznym). Cytaty za IAR:
Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy przyjęło rezolucję, w której wezwało państwa członkowskie do zapewnienia finansowania nadawców publicznych mediów.
Obowiązkiem rządów - jak podkreślono - jest pomoc nadawcom publicznym i zagwarantowanie ich niezależności od wpływów politycznych i ekonomicznych.
Jak wiadomo nie ma nic bardziej niezależnego niż media będące na utrzymaniu rządu. Wszystko zależy od należytej konstrukcji prawnej "statutu". Jeśli wyraźnie zapiszemy w nim niezależność, sprawa załatwiona. To, skąd pochodzą pieniądze, to sprawa drugorzędna.

Ale dalej jest jeszcze lepiej. Wczytajmy się, dlaczego sprawa właśnie teraz nabiera na znaczeniu:
Zdaniem Zgromadzenia Parlamentarnego, pomoc publicznym nadawcom obecnie jest szczególnie ważna, ponieważ szybki rozwój technologii umożliwił powstanie licznych bezpłatnych prywatnych serwisów informacyjnych. Niezależne publiczne radio i telewizja, które kierować się powinny bezstronnością i prezentować społeczeństwu różne polityczne opinie, jest - zdaniem posłów - fundamentalnym elementem demokratycznego państwa.
Ponieważ technologia pozwala na rynkowych zasadach serwować informacje za darmo, trzeba łożyć zaoszczędzone pieniądze na państwowe media, bo nic innego nie zapewni takiej bezstronności.
Dowiedziałem się tego na wczorajszej konferencji TMT na GPW. Miało być, jak co roku o społecznościach, ale skończyło się na dyskusji o piractwie, przerywanej co nudniejszymi wystąpieniami i panelami na inny temat. Jak zwykle efekt doskonale przewidział Marcin Jagodziński. Tę proroczą uwagę czytałem po konferencji i nie mogłem wyjść z podziwu dla jej trafności.
Ale skupmy się na ciekawych wystąpieniach. Specjalistka od prawa autorskiego adwokat Anna Kobylańska zanalizowała głośny wyrok na The Pirate Bay pod kątem polskiego prawa. Nie można mieć pewności, co do ostatecznej decyzji sądu, ale z około 80-proc. prawdopodobieństwem piraci zostaliby skazani.
Dozwolony użytek na nic by się nie zdał. Co gorsza oprócz wyroku (nawet do 5 lat więzienia), zgodnie z polskim prawem, sąd mógłby nakazać spółce zaprzestania działalności. Czyli nad Wisłą właściciele praw autorskich odnieśliby sukces. W Szwecji to się nie udało i serwis nadal hula w najlepsze, ciesząc się, jak zauważył Marcin de Kamiński z TPB, jeszcze większą popularnością.
Już wiemy, dlaczego nie ma u nas globalnych firm internetowych.
Za to atmosfera dyskusji o piractwie podczas TMT napawała optymizmem. Z przyjemnością słuchałem jak Marcin odpierał wszystkie ataki. Na każde pytanie miał gotową, wyważoną odpowiedź. Po pierwsze, lata oficjalnej pirackiej praktyki robią swoje. Po drugie, walka z absurdalną koncepcją własności intelektualnej jest naprawdę łatwa.
Przecierałem oczy ze zdumienia słuchając Jakuba Duszyńskiego z GutekFilm. Przedstawiciel firmy, kojarzonej z idiotyczną walką z polskimi stronami z napisami do filmów, otwarcie przyznał, że czasy dystrybutorów filmowych skończyły się. Nie ma powrotu do analogowej dystrybucji. Prawdopodobnie wielkie produkcje będą miały swoje premiery na zasadzie "paper view", czyli globalnego pokazu za drobną opłatą, z którego przychody mogłyby zrównać się z dochodami producenta z obecnego modelu. Zakładając oczywiście, że pozbyłby się wszystkich pośredników (oni na pewno na tym stracą).
Na koniec, o dziwo, świetne wrażenie zrobili też przedstawiciele Partii Piratów. Podczas dyskusji nawet zgłosiłem się, jako chętny do zagłosowania na nich. Potem prostowałem, że zrobiłbym to (łamiąc swoje ideały) tylko wtedy, jeśli czułbym się bezpośrednio zagrożony cenzurą internetu. Na razie tak nie jest, dlatego piraci poparcia nie mają. Ale już w Szwecji, gdzie oprócz "efektu TPB", do ich popularności przyczyniło się nowe restrykcyjne prawo, piraci mają przedstawicieli w europarlamencie.
W każdym razie, bardzo miłe wrażenie zrobił Błażej Kaczorowski, prezes partii. Gdy dyskusja zaczęła znowu schodzić w stronę nie wiedzieć czemu, kluczowego dla wielu osób pytania: "Ale jak będą zarabiać artyści", odpowiedział z rozbrajającą szczerością:
- Ja jestem użytkownikiem i reprezentuje użytkowników. Co mnie to obchodzi? To nie mój problem.
Takie oczywiste, a nigdy mi do głowy nie przyszło, by na tyms ucinać rozmowę. Zawsze brnąłem w dyskusji w koncerty, gadżety. A tymczasem odpowiedź jest prosta: co mnie to obchodzi?
Od przekrętów światowych instytucji finansowych aż boli głowa. Już nikt nie próbuje dowodzić, że system jest w porządku, że mamy do czynienia jedynie z wypaczeniami. I co z tego?
Podobno Ronowi Paulowi brakuje już tylko kilku głosów, by przepchnąć ustawę, która umożliwi audyt Fedu. I co z tego? Czy taka ustawa może przebrnąć przez Senat? Czy podpisze ją hojnie sponsorowany przez banki Obama?
Może wściekłość Amerykanów skutecznie podgrzeje nowy film Michaela Moore'a, genialnego propagandzisty tamtejszej lewicy i zagorzałego przeciwnika korporacji?
Nie ma szans. Powiedzmy sobie szczerze: audyt w Fedzie jest prawie tak prawdopodobny jak audyt w archiwach rosyjskiego KGB / FSB
Zresztą znając Moore'a, raczej nie skoncentruje się on w swoim filmie na Fedzie, lecz na oślizgłych sprzedawcach kredytów subprime.
Ale dajmy mu szansę. Na pewno chętnie film obejrzę.
Na koniec bardzo twórczego dnia mój fotokomentaż do głośnej sprawy przemytu obligacji.
Pisał o niej Trystero.
Pisał Zezorro.
Ja dodam dwa zdjęcia:
Numero uno. Na stole obligacje, prawdopodobnie warte 500 milionów dolarów każda:

Numero due. Inny papier, wart "tyle samo":

Dziękuję za uwagę.
PS. Dla niewtajemniczonych wyjaśniamy, o jaką aferę chodzi:
Jeden z moich ulubionych "proroków apokalipsy", z którym zresztą miałem okazję rozmawiać, jest już pierwszoplanową gwiazdą. W internecie wszyscy oglądają jego występ u jednego z popularniejszych komików:
| The Daily Show With Jon Stewart | Mon - Thurs 11p / 10c | |||
| Peter Schiff | ||||
|
||||
Media i zbiorowa świadomość to niesamowita machina. Gdy Schiff był rzeczywiście prorokiem, wszyscy go wyśmiewali. Teraz, kiedy klienci jego funduszu stracili kupę kasy, bo Peter konsekwentnie od roku ucieka od dolara, który wbrew rozsądkowi poszybował, jest szanowaną gwiazdą...
PS: Za krzaczki wokół filmiku podziękujcie administratorom bbloga, którzy dbają o nasze bezpieczeństwo i chronią platformę przed atakami hakerów
oraz koncernowi Viacom, który usunął wideo z YouTube, zapraszając na własne strony, które z kolei nie są kompatybilne z bblogiem...
PS2: Krzaczki zniknęły dzięki natychmiastowej interwencji zespołu bbloga. Dziękuję.
Gdy tylko GM wreszcie splajtował, naszło mnie dosyć oczywiste przemyślenie. Większość depesz zaczynała się od podkreślenia, że jest to czwarte największe bankructwo w historii USA.
To zastanawiające. Wydawałoby się, że pierwsze. A jeśli nie, że drugie, bo podczas ostatniej recesji z hukiem upadał Enron.
Nic bardziej mylnego. Wielkie koncerny ze sfery rzeczywistej (energetyczne, przemysłowe czy budowlane), nie mogą się równać nawet z mniej znanymi potentatami ze sfery wirtualnej. Jeśli bowiem, jak to się zwykle robi, rozmiar bankrutów mierzyć w wielkością aktywów (bo przecież na tym zależy wierzycielom), GM okaże się malutkim stateczkiem.

Powiększenie można zobaczyć tutaj.
Ta rozbieżność doskonale oddaje wariactwo świata papierowego pieniądza. Wielki koncern zatrudniający setki tysięcy osób, sprzedający co roku samochody o wartości 150 miliardów rocznie, jest tylko malutką łódką w porównaniu z bankiem mieszczącym się w paru biurach na Wall Street.
Szkoda tylko, że aktywa banku nie mają pokrycia w niczym. Są tylko w księgach. I prawdopodobnie ich nie ma.
Na deser dwie reklamy GM. Pierwsza z czasów świetności:
Druga z tego tygodnia. Widziałem ją parę dni temu w przerwie meczu Marcin Gortat - Kobe Bryant:
Tak się złożyło, że trzy dni po pięknej rocznicy wyborów, które naprawdę coś zmieniły, dzięki którym jako brzdąc mogłem kupować mleko w prywatnym spożywczaku, położonym o 50 metrów bliżej, gdzie mogłem po szkole dostać oranżadę "na krechę", odbędzie wielkie "święto demokracji" w najbrzydszej formie.
Głosować może 375 milionów osób. To największy festyn tego typu na świecie. Prawie, bo w Indiach może głosować około 670 milionów.
Pięć lat temu w wyborach do PE zagłosowało 45 proc. uprawnionych, czyli aż 169 milionów osób (w Indiach w ostatnich wyborach parlamentarnych głosowało aż 57 proc.). To niebywały wynik. Wyobraźmy sobie, tłumy wrzucające karteczki do urn.
Niestety w polskim ciemnogrodzie pofatygowało się w 2004 jedynie 20,87 proc. obywateli. Ale i tak wszystkie przysługujące mandaty zostały rozdane, chociaż w dużym stopniu trafiły w niepowołane ręce.
Fundamentalistyczny elektorat dał aż 10 stanowisk LPR, 7 PiS oraz 6 Samoobronie. To jawna niesprawiedliwość i niewdzięczność narodu, bo UW czy SLD, dzięki którym znaleźliśmy się w UE, dostało jedynie odpowiednio 4 i 5 miejsc, co w skali partii jest śmiesznym wynikiem.
Dlatego nie dziwi mnie brak entuzjazmu, a nawet zażenowanie, jakie obserwuję, gdy rozmawiam ze znajomymi o wyborach do europarlamentu. Zdecydowana większość z nich ma świadomość, że nie ma najmniejszej kontroli nad tym, co będą robili "ich przedstawiciele" w Brukseli i Strasburgu. I na tym można poprzestać. Doskonale obrazuje to "zajumany" już wcześniej przez Olgierda rysunek Mleczki. Koniec.
Nie pomogą argumenty Konrada, który stara się nauczać czytelników swojego bloga, jak ważnym, pożytecznym i przyjaznym obywatelowi organem jest Europarlament. Nie czuję się winny, że nie dorosłem do europejskiej demokracji, że nie ogarniam jej meandrów, że nie chcę tracić czasu na zrozumienie tajników nawet pakietu telekomunikacyjnego.
Dobrowolnie nie mam ochoty zatrudniać eurodeputowanych. I jeszcze raz rozliczę się z klasycznym argumentem: "kto nie głosuje, nie będzie mógł narzekać". Jest dokładnie na odwrót. Nie głosując mam moralne prawo do krytyki PE, bo bez mojej zgody ktoś znowu przez kolejnych pięć lat będzie uzurpował sobie prawo nie tylko do tego, by paść się przez pięć lat za moje pieniądze w odległej Brukseli, ale też od czasu do czasu decydować o mnie. I tak, chcąc, nie chcąc, będę musiał podporządkować się woli większości, bo ta ma prawo nakłonić mnie do tego przemocą, pozostanie ta gorzka satysfakcja.
Czegoś takiego jeszcze nie było. Jeden z największych amerykańskich banków - JPMorgan (ten od m.in. "noża w plecy") wyczarterował nowiutki supertankowiec. Nie zamierza jednak z jego pomocą transportować ropy, lecz składować olej opałowy.
Bank zapłaci 1,6 miliona dolarów za podróż pustego statku z Singapuru do Europy, gdzie jego zbiorniki zostaną wypełnione olejem. Na początek przez dziewięć miesięcy, bo na tyle podpisano umowę z maltańskim armatorem. Za każdy dzień JP Morgan zapłaci od 35 do 41 tys. dol.
To względnie mało, bo indeks Baltic Dry dla tankowców spadł w ciągu niespełna roku o 87 proc.
Wynajęty tankowiec "Front Queen" jest w stanie pomieścić ponad 270 tys. ton ropy.
Jak zauważa Bloomberg, bank nigdy wcześniej nie wynajmował tankowców. Trop idzie dalej. Okazuje się, że w ostatnich miesiącach podobne ruchy wykonały inne wpływowe firmy - Citigroup oraz BP.
O co chodzi? Analitycy dają jako pierwszą najbardziej oczywistą odpowiedź: firmy korzystają z okazji i próbują zarobić na wzroście cen surowca.
Do tego celu najlepiej nadają się nowe tankowce, bo te które już wcześniej transportowały ropę naftową, musiałyby przed załadowaniem oleju opałowego mieć dokładnie wyczyszczone zbiorniki.
Pomysł banków na składowanie surowców na statkach, zamiast kupowania kontraktów terminowych, krąży już po rynku od kilku miesięcy. Oprócz Citigroup i JP Morgana, morskimi magazynami także miedzi interesowały się też Morgan Stanley i... Goldman Sachs.
Szczególnie obecność tego ostatniego daje spore manewry do wyszukiwania innych motywów niż tylko niskie ceny czarteru...
Jedno jest pewne, warto obserwować ten nowy trend, bo coś musi być na rzeczy, a te banki rzadko kiedy się mylą, a Izreal własnie przeprowadza największe ogólnonarodowe ćwiczenia wojskowe w historii.
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | | następne |