Na reddit.com, wśród kupy absurdalnych li
Sporo prognoz nie jest trafnych. Przede wszystkim autor scenariusza nie docenił wiary mas w makulaturę. Kryzys został wywołany przez jednego wyjątkowo nieuczciwego bankiera, który we współpracy z nikczemnymi Arabami potajemnie obkupił się złotem i doprowadził do załamania się kursu dolara (skrót fabuły tutaj).
Chętnie bym obejrzał całość (grają Kris Kristofferson i Jane Fonda), ale nie mogłem znaleźć w żadnej z internetowych wypożyczalni.
Oto jak wyobrażali sobie nas 28 lat temu:
Mniej czy więcej to, co teraz?
Na niepolitycznym i nieekonomicznym blogu o nauce i internecie natknąłem się na zdroworozsądkowy krzyk sprzeciwu:
Trzeba być kretynem, by walczyć z zimą. Brak zimy oznacza brak lata: całoroczną miałkość. Zima bez mrozu oznacza, że latem wszystkie drzewa są zeżarte przez robactwo. Gdyby zwalczyć zimę i uśrednić temperaturę, lato nie dawałoby nam radości.
Można (i należy) walczyć ze skutkami zimy: ogrzewać mieszkania, odśnieżać ulice… Ale walka z zimą jako taką to kretyństwo. Zima jest niezbędna!
Nie zgadzam się do końca z tym porównaniem, bo za zimę nie można nikogo winić, za to, co dzieje się teraz - tak.
Lew Rockwell trafnie zauważa:
"Obamici, mają przeciwny [do liberałów] pogląd, ten rozwinięty przez faraonów, cesarzy dawnej aż po Talibów i Hugo Chaveza w naszych szasach. W jego ramach nie ma nic wykraczającego poza kompetencje państwa i jego wielkiego przywódcy".
W czasach kryzysu wszyscy politycy są Obamitami. Tuż po elekcji prezydent USA okrzyknięty został Rooseveltem XXI wieku.
Tymczasem nie bez przyczyny to właśnie w latach 1930. w Europie zrodziły się najbardziej mroczne totalitaryzmy, a w Ameryce doszło do, jak pisałem, największej kradzieży w historii.
Wśród wszystkich polityków-wizjonerów tamtych czasów obowiązywała podobna estetyka:
Podczas, gdy cała Ameryka krwawi, gospodarka Waszyngtonu rozwija się w zawrotnym tempie 2,5 proc. PKB.
Zwolennicy wolności jednostki są postawieni w bardzo trudnej sytuacji. Potrafią logicznie wskazać przyczyny gospodarczego kataklizmu. Wiedzą, że aby z niego wyjść, należy przywrócić ludziom prawdziwy pieniądz. Aby to się stało, zima musiałaby bardzo sroga.
Tymczasem politycy oferują poddanym to, czego oczekują tłumy - wojnę z recesją. Historia uczy, że jako pierwszy z kryzysu wyjdzie ten, kto zdobędzie się na najbardziej śmiałe projekty i nie cofnie się przed radykalnym ograniczeniem wolności. Bo przecież spiralę gospodarczego zniszczenia napędzają zwykli ludzie, podejmując racjonalne decyzje, aby uchronić się przed katastrofą.
Dwaj blogerzy, których z upodobaniem czytuje, Trystero i Adam Duda słusznie oburzają się pisząc o pierwszym "polskim bailoucie". Nic dodać, nic ująć. Sytuacja, w której rząd decyduje się nagrodzić tych, którym z własnej winy nie udała się rynkowa kalkulacja jest karygodna, ale...
Czy to pierwszy raz? Właściwie każda decyzja jakiegokolwiek rządu w ramach tzw. "polityki społecznej" sprowadza się do transferu pieniędzy, wcześniej zabranych innym w formie podatków, do tych, którym "nie wyszło". Sytuacja, w której, jak pisze Duda:
Chodzi o to, że plan polskiego rządu, to pikuś w porównaniu z wielkimi planami, które przechodzą niezauważone, bo skomplikowanej alchemii monetarnej.
Wielki Kryzys 2.0 to czas wielkich eksperymentów. Jest coraz mniej wątpliwości, co do rozmiaru zapaści. Prawie codziennie napotykam się na np. takie zestawienia (cholernie wąski ten blog - my jesteśmy na czerwonym;):

W Wielkiej Brytanii z racji tego, że funt jednak nie jest "papierowym złotem" wydarzenia następują po sobie szybciej niż w USA. Dlatego tamtejsza Rada Polityki Pieniężnej, czyli komitet działający w ramach Banku Anglii, przymierza się właśnie do wprowadzenia tzw. "złagodzenia ilościowego ". Kolejny, potężny instrument służy dodrukowi większej ilości gotówki, gdy stopy procentowe spadną już do zera (jak w USA i UK).
Wypróbował go już Japonia w 2000 roku, aby zwalczyć deflację. Wtedy udało się cudem ściągnąć nadwyżkę pieniądza z rynku, gdy gospodarka drgnęła. Czy Wielkiej Brytanii też się to uda? Czy uda się Stanom Zjednoczonym? Zobaczymy.
Jedno jest pewne, jeśli nie, nawet najsilniejsze waluty naszego globu zamienią się w papier. Wtedy bezpieczni będą tylko ci, którzy trzymają prawdziwy pieniądz.
Ale tego zagrożenia Trystero już nie dostrzega, o czym pisał we wcześniejszej notce. Dla niego szybujące złoto jest równoważne z niedawną hossą na rynku ropy. Oby miał rację...
Z prostych przyczyn, które opisywałem tutaj, Fed coraz wyraźniej obiecuje to, co chcą usłyszeć obywatele: "zrobimy wszystko, co w naszej mocy". I to jest właśnie największe zagrożenie. Oni naprawdę zaczną eksperymentować tam, gdzie sprzeciw nie będzie tak oczywisty, jak w przypadku polskich dopłat do kredytów.
Na rynku prasy drukowanej wydarzenia nabierają tempa. Górka staje się coraz bardziej stroma.
W USA padli już czterej czołowi wydawcy dzienników. Sam "WSJ" zmusił News Corporation do trzymiliardowego odpisu. "New York Times" wciąż się trzyma... brzytwy i liczy już chyba tylko na bailout...

Miłość do prasy zgubi Murdocha, przestrzegają analitycy. Moim zdaniem WSJ pod jego rządami znacznie się poprawił.
W Polsce gazety zwalniają pracowników na potęgę, a największy "papierowy" koncern szura brzuchem po podłodze GPW.
Tymczasem badacze z sędziwej amerykańskiej Fundacji Niemana od kilku lat w laboratorium głowią się nad tym, jak uratować dziennikarstwo przed upadkiem, jaki nieuchronnie niesie internet ;).
Z okazji weekendowych bankructw w USA, napisali trafny poradnik dla upadających wydawców prasy. Zaczyna się od kilku słów pocieszenia, że papier nie umrze, tak jak nie umarła kolej, chociaż amerykańskie pociągi przewiozły rekordową liczbę pasażerów (1,2 miliarda) w 1920, a obecnie rządowy Amtrak przewozi obecnie jedynie 2,4 proc. tej liczby.
Amerykańska prasa osiągnęła szczytowy poziom czytelnictwa 30, a przychodów z reklamy dziewięć lat temu. Od tej pory wydatki na reklamę prasową spadły z 48,7 do 35 miliardów dolarów w 2008 roku. Spadek jak wodospad nabiera tempa.
Co zatem powinni robić bankrutujący wydawcy? Mają do wyboru:
Jak widać, z perspektywy "papierowych" ekspertów, jest szansa. A co na to eksperci z sieci?
Jakiś czas temu przeczytałem typową dla Setha Godina złośliwe, zdroworozsądkowe "epitafium " dla drukowanej prasy, w którym zastanawia się nad tym, czego będziemy po niej żałować:
Jeśli rzeczywiście zależy nam na dochodzeniach i analizie, zapłacimy za nie w ten czy inny sposób. Może to jest dobro publiczne, zadanie non-profit. Może filantropii wyłożą pieniądze na nagrody. Może Woodward i Bernetein 2017 roku zarobią tyle pieniędzy za ich zapierający dech artykuł, że doprowadzi to do nowego pokolenia dziennikarstwa.
Prawda jest taka, że nawet ten rodzaj dziennikarstwa jest tani (w porównaniu z wszystkim innym, co gazeta musiała zrobić, aby nam je dostarczyć). Dzienniki zawierały dwa centy dziennikarstwa owinięte w 98 centów kosztów i rozpraszania. Magia sieci, to że koszt krańcowy czegoś jest darmowy a czas dostarczenia tego jest równy zero, sprawia, że ekonomia staje się magiczna. To jak 6 pdzielone przez zero. Nieskończoność.Zdecydowana opinia. Całe szczęście, panie Godin, Polska to nie Ameryka. Tu się jeździ koleją czytając Gazetę.
Microsoft wypuścił na rynek nowy produkt - Songsmith. Jak wiemy, koncern z Redmond specjalizuje się w zaawansowanych technologicznie produktach, które nie zawsze trafiają w gusta odbiorców (vide Surface albo Photosynth).
Tak mogłoby być i tym razem, ale o dziwo udało się. Aplikacja Songsmith to w skrócie program do komponowania muzyki dla ludzi bez talentu. Taki silnik do karaoke. Wystarczy dać głos, aby komputer sam stworzył do wyśpiewywanej "melodii" odpowiedni podkład muzyczny.
Wygląda to tak:
Tak, nie mylicie się. Wszyscy bawią się Songsmithem na MacBookach z zaklejonym jabłuszkiem. To tylko początek genialnej kampanii wirusowej, która w ciągu kilku dni uczyniła z programu kultowy produkt.
Jak wiadomo system Windows i komputery klasy PC są niefajne. W przeciwieństwie do np. komputerów Apple. Marketerzy z Redmond pogodzili się już z tym faktem. Wychodzą najwyraźniej z założenia, że na świecie więcej jest ludzi niefajnych niż tych "cool" (pamiętacie tę absurdalnie obciachową reklamę?).
I słusznie. Od dawna słowem kluczem w marketingu wirusowym jest "mashup". Czyli dajmy ludziom bawić się naszymi produktami i reklamami. Niech za nas kradną cudzą "własność intelektulaną" i tworzą własne kawałki (dobrym przykładem jest Cadbury Gorilla).
Problem z mashupami sprawia fakt, że większość osób jest niefajna i bez artystycznych talentów. I tu tkwi fenomen nowego produktu MS. Tutaj Mashup polega nie na tworzeniu, ale na psuciu.
Na blogu "The Times" znalazłem prześmieszną antylistę wszechczasów. Oto jak Microsoft potrafi zepsuć megahit zespołu Queen:
A tak ucierpiało The Police:
SongSmith Microsoftu to obraza dla muzyki, twórczości i ludzkości. Pędźcie i kupcie jednego dla członka rodziny, którego nienawidzicie - napisał w recenzji programu branżowy serwis.
Nieprawda. Dzięki SingSmithowi powstała też świetna kompozycja, która robi ostatnio furorę w sieci. Niemiecki kompozytor Johannes Kreidler stworzył taką kryzysową symfonię:
Na koniec przypomnę tylko misję korporacji, za którą z całych sił trzymam kciuki:
Niech każdy zrealizuje w pełni swój muzyczny potencjał!
Dzisiaj rano obudziła mnie rozmowa radiowa JKM z dyrektorem Trójki Krzysztofem Skowrońskim. Duże wydarzenie. Szczególnie dla kogoś, dla kogo głosowanie na UPR było drogą do właściwych decyzji wyborczych.
Wywiad, który możecie odsłuchać tutaj, pomógł mi zrozumieć:
1. że najbardziej denerwowało mnie w JKM chore dążenie do tego, aby jak najmniejsza liczba osób zrozumiała jego przekaz;
2. że jednocześnie zawsze uwielbiałem go za to, jak potrafił sprowokować swoich rozmówców do wygadywania kompromitujących absurdów (co niestety niewielu wychwytywało, patrz pkt. 1).

JKM wtargnął niedawno na salony, aby wesprzeć nowego ministra sprawiedliwości, w którym widzi sprzymierzeńca w batalii o prawo do posiadania broni.
Przyjrzyjmy się poglądom JKM na temat kryzysu, bo o tym była rozmowa. Korwin-Mikke nie jest znawcą finansów i ekonomii, ale dzięki spiskowej antysystemowej intuicji często trafia w sedno, jak na przykład tutaj:
Czyli z tezą, że jest kryzys na świecie pan się zgadza?
Na świecie jest kryzys, bo został wywołany. Powiedzmy sobie jasno i otwarcie, jest okazja ukraść paręset miliardów i bankierzy, którzy zarządzali swoimi firmami, domagali się i dostali 800 mld, z czego 18 z miejsca wpłacili sobie jako premię za dobre prowadzenie interesu [...].
A sam pomysł wspomagania systemy bankowego jest zły?
Oczywiście, że zły. Wspomaganie każdej firmy. Jeżeli firma jest zła, to ma zbankrutować. Bankructwo jest objawem zdrowia.
Jeżeli system bankowy się załamuje, spada zaufanie między bankiem a bankiem, między człowiekiem a człowiekiem, przedsiębiorcą a bankiem, to wtedy cały kapitalizm upada.
Nie, przeciwnie. Las to nie dwadzieścia wielkich drzew, tylko miliony drobnych roślinek. Padnięcie wielkiego drzewa robi miejsce dla nowych. Trzeba dać zbankrutować.
Pan pozwoliłby upaść bankom?
Oczywiście. Jeden zbankrutuje, a drugi się ucieszy, że konkurent upadł.
Pan na miejscu polityków nie dawałby tak wielkich pieniędzy…
Żadnych bym nie dał.
Co by pan zrobił?
Nic, pozwoliłbym złym bankom upaść.
Ale wtedy – tak mówią eksperci – kryzys gospodarczy byłby o wiele głębszy.
Nie, teraz będzie głębszy dlatego, że jeżeli się daje bilion euro dla banków, to te biliony skądś się bierze – z podatków od ludzi. Czyli kryzys się pogłębi z tego powodu.
Pożycza się i później się oddaje. Kiedy koniunktura wróci, to wtedy banki grzecznie oddadzą pieniądze i państwa będą z powrotem bogate.
Niech pan nie będzie śmieszny – że tak powiem brutalnie [...].
U JKM brakuje głębszej analizy mechanizmów "wywołania kryzysu", czyli systemu papierowego pieniądza, oraz głębszej refleksji o tym, jak rzeczywiście mogła wyglądać motywacja bankierów i polityków, bo stwierdzenie, że po prostu "chcieli się nakraść" jest dużym uproszczeniem.
Tyle o kryzysie w sposób mętny, teraz przykład robienia rozmówcy w balona. Krzysztof Skowroński to inteligentny typ o relatywnie prawicowych poglądach (w końcu za PiS został dyrektorem), od początku rozmowy próbuje być ironiczny i zdystansowany, ale JKM w kilku akapitach robi z niego wariata:
Gospodarka amerykańska różnie reaguje, oczywiście. Nie podoba się panu prezydent Barack Obama?
Jeszcze niczego nie zrobił. Chciałbym przy okazji zwrócić uwagę, że pan Wiluś Clinton, który przecież jest jak na Amerykę bardzo lewicowy w porównaniu z europejskim socjalistą, chadekiem to w ogóle jest skrajna prawica, pamiętajmy, że Ameryka jest znacznie bardziej przesunięta w kierunku wolnego rynku niż Europa, która jest krajem już nie komunistycznym, Europa jest krajem trockistowskim.
Europa jest miejscem demokracji i wolnego rynku.
Karol Marks powiedział, że na to, żeby zbudować socjalizm wystarczy zbudować demokrację, co właśnie się zrobiło… Jakiego wolnego rynku?! Pan chyba żartuje! Nawet kilograma bananów pan nie może przywieźć z Ekwadoru, bo mają krzywiznę niewłaściwą. Proszę pana, za Hitlera i Stalina góral robił sobie oscypki, jakie chciał, dzisiaj kontroluje to jakiś urzędnik ze Wspólnoty Europejskiej.
Góral sobie radzi, oscypki powstają…
Tylko nazywają się jakoś inaczej.
Prywatna własność dominuje, ale to są takie rzeczy, o których nie trzeba dyskutować.
Za Hitlera też była prywatna własność, tylko była kontrolowana przez Wirtschaft ministerium. To, że była prywatna własność nie dowodzi tego, że wolność. W tej chwili mamy socjalizm znacznie gorszy niż za Adolfa Hitlera.
Jest w Europie wolny rynek…
Gdzie pan ma wolny rynek?
… są rządy, które myślą po tym, jak ten rynek ma się rozwijać. To nie jest liberalizm, o którym pan mówi, w którym jest absolutne puszczenie wszystkiego i jest sterowana gospodarka rynkowa, natomiast jest to gospodarka rynkowa. Może nie będziemy o tym dyskutować.
He, he. Ustrój UE - poza dyskusją. Właśnie za wyciąganie takich kwiatków od "niezależnych" albo "sceptycznych" publicystów uwielbiam JKM.
I na koniec obowiązkowa nuta agenturalna, do której niestety nie jestem w stanie się odnieść, bo mnie to w ogóle nie interesuję. JKM:
Pan w takim razie musi być bardzo zadowolony z polskiego rządu, bo polski rząd ma inną strategię rozmowy z kryzysem niż rządy Stanów Zjednoczonych czy Niemiec…
Dlatego też pod wieloma względami polski rząd jest lepszy od większości rządów europejskich...
[...] Ja pana Tuska bardzo wysoko cenię, natomiast on nie panuje niestety nad sytuacją. Ludzie powiązani ze służbami specjalnymi, którzy się "przeagenturowali" z pana Cimoszewicza, przeszli na premiera Tuska, teraz muszą być niestety czymś opłaceni za swoje szlachetne wysiłki, żeby zdobyć panu Tuskowi posadę, teraz może prezydencką, więc pan Tusk musi ich tolerować. Ja go naprawdę bardzo lubię, ale on po prostu nie kontroluje tej sytuacji.
Niestety, jak pisałem przedstawiając wam Rona Paula, JKM ma bardzo dużo wad, które dyskwalifikują go jako politycznego lub ideologicznego przywódcę.
Jednak jest jedynym w swoim rodzaju Błędnym Rycerzem, którego zawsze miło usłyszeć w radio.
Wybrałem się dzisiaj pierwszy raz na Tubę, organizowaną m.in. przez Mediafun. Fajna impreza. Wybrałem się tam m.in. ze względu na to, że miało być o tak fascynującym ostatnio sektorze finansowym. Szkoda, bo nie skojarzyłem, że jeśli imprezę o reklamach odda się we władanie bankierom, będzie (jak przyznali sami organizatorzy "wyjątkowo") nudno. Ale znalazło się ciekawe spostrzeżenie.
Najpierw Michał Macierzyński z Bankiera miał w ciągu 20 min. odpowiedzieć na pytanie: "Czy instytucja finansowe są marketingowo odważne i kreatywne". W pierwszym zdaniu skłamał (z uprzejmości, jak mi się wydaje), a potem przez kolejne minuty wyjaśniał, jak to ciężko mają marketerzy polskich banków, bo: banki są wyjątkowe, bo surowe przepisy, bo obcy kapitał i niepewność, czy za rok nie będzie rebrandingu (akurat mi się wydało najtrafniejsze), bo masowy produkt...
Podczas prezentacji Michał Macierzyński zwrócił uwagę na przewrotny fakt, który potwierdzano też w kuluarach - okazało się, że mBank - jedyny, któremu udało się stworzyć wokół siebie słynną internetową społeczność klientów - teraz bardzo tego żałuje. Żartują, pomyślałem, ale zaraz okazało się, że nie:
- Nikt już nie zazdrości mBankowi, co widać po przykładzie innych banków, które mają podobne problemy z cennikami, ale nikt nie tworzy w internecie specjalnych stron na ten temat - stwierdził Macierzyński.
Oczywiście chodzi o aferę ze "starym portfelem", którą opisał Olgierd. Oddział PR trochę przespał aferę, ale teraz już zaprasza buntowników do konsultacji w internecie. Mimo wszystko, wydaje się, że nikt nie ma zamiaru rozpędzać społeczności.
Mi przypomniał się raport Forrester Research, który cytowałem w tym artykule. Specjaliści przestrzegali, że zorganizowani klienci mogą być kłopotem dla banku, bo każda informacja może się roznieść w mgnieniu oka po sieci i doprowadzić do błyskawicznego cyfrowego "runu na bank".
Zabawne, że zaraz po stwierdzeniu "jak to dobrze nie mieć sieci", panowie z Allior Banku i agencji Artegence, opowiadali o tym, jak mozolnie, za pieniądze na zasadzie konkursu budowali właśnie społeczność klientów nowego banku. Niestety, podobno się udało.
Swoją drogą, jak przekonywał ten pan, sporo jest dziwnych cech, które sprawiają, że banki są bardzo różne od innych przedsiębiorstw... Teraz doszła jeszcze jedna, bo przecież, kto nie chciałby mieć wspaniałej, prężnej, licznej, zorganizowanej internetowej społeczności klientów? Przecież to żyła złota...